Terapia przez sztukę

1 (02) 2010
  • strona główna
  • aktualności
  • artykuły
  • recenzje
  • archiwum
  • ośrodki
  • projekty
  • forum
  • redakcja
  • PSTS
  • kontakt
  • english version
  • Polskie Stowarzyszenie Terapii Przez Sztukę
  • Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie

Zaloguj się »

Materiały do pobrania Konferencje Warsztaty RSS - aktualności Licznik odwiedzin: 80605

    Forum

    Forum » Muzykoterapia » Czy w Polsce następuje rozwój czy dewaluacja muzykoterapii?

    1. Krzysztof Stachyra 15.11.2009 #

      Prezentowana poniżej dyskusja została zapoczątkowana w roku 2007 na stronie http://kajros.lublin.pl/forum Za zgodą administratora strony, prof. Andraei Jaworskiej, główne wątki dyskusji zostały przeniesione na forum kwartalnika „Terapia przez sztukę” po to, aby zainicjować dalszy ciąg polskiej debaty o zawodzie muzykoterapeuty.
      ------------------------------------------------------------------------------------------

      Referat wygłoszony przez dr. Krzysztofa Stachyrę na IV Forum Muzykoterapeutów we Wrocławiu w marcu 2007 roku.

      "Czy w Polsce następuje rozwój czy dewaluacja muzykoterapii?"

      Śmiałe pytanie, postawione w tytule, ma zachęcić do poważnej dyskusji na temat sytuacji muzykoterapii i muzykoterapeutów w Polsce. Czas po temu wydaje się stosowny, ponieważ właśnie upływa 35 lat od momentu otwarcia przez T. Natansona i A. Janickiego pierwszych w naszym kraju studiów muzykoterapii. Dynamiczny rozwój muzykoterapii w ostatnich dekadach powoduje systematyczny wzrost zainteresowania tą dziedziną wiedzy. Równocześnie powstaje coraz więcej publikacji odnoszących się w swoim tytule lub prezentowanych treściach do tematyki leczenia muzyką. Z pewnością winien to być powód do zadowolenia. Nie sposób jednak nie zauważyć wiążących się z tym zagrożeń. Otóż wzrost ilości publikacji nie zawsze wiąże się z poprawą ich jakości. Często niefrasobliwie powielane są błędne informacje, które zamieszczone były w publikacjach sprzed wielu lat. Wbrew pozorom, również stale powiększające się grono osób zainteresowanych terapeutycznym wykorzystywaniem w swojej pracy muzyki i aktywności z nią związanych, może powodować dla tego rodzaju terapii pewne, realne zagrożenie. Dzieje się tak, gdyż pomimo coraz szerszej obecności muzykoterapii i muzykoterapeutów w życiu społeczeństwa, nadal niewielka jest świadomość przeciętnego człowieka, czym właściwie jest muzykoterapia.

      Wzrastająca popularność muzykoterapii może przyczynić się zarówno do rozwoju tej dziedziny, jak i, paradoksalnie, prowadzi& do jej dewaluacji. Nierzadko zdarza się, że dla pewnych osób muzykoterapia staje się odskocznią, łatwym sposobem na zaistnienie. Dotyczy to głównie ludzi, którzy nie potrafią bądź nie potrafili odnaleźć się w swoim podstawowym zawodzie, w pracy, do której wykonywania posiadają odpowiednie wykształcenie i kwalifikacje. Z powodu deficytu kadr muzykoterapeutów w Polsce i braku uregulowań prawnych, tzw. „muzykoterapię” prowadzą często zwykli muzycy, psychologowie, pedagodzy, a nawet lekarze weterynarii (!) - osoby bez ukończonych studiów w zakresie terapii muzyką, a co gorsza, często nawet bez jakiegokolwiek merytorycznego przygotowania w tej dziedzinie. Niejednokrotnie przeczytanie artykułu lub książki, czy też możliwość obejrzenia zajęć muzykoterapeutycznych prowadzonych przez inne osoby daje im „uprawnienia” do tytułowania siebie muzykoterapeutą. Absolutnie nie można przeprowadzać tutaj błędnego kategoryzowania, iż posiadanie dyplomu muzykoterapeuty jest jednoznaczne z wyższą jakością prowadzonej przez taką osobę terapii. Z reguły tak jest, choć z pewnością nie jest to zasadą. Są osoby, nie będące muzykoterapeutami, które prowadzą zajęcia z użyciem muzyki w sposób, którego nie powstydziłby się wykwalifikowany specjalista z tej dziedziny. Należy podkreślić, że jakość pracy terapeuty nie zależy wyłącznie od wiedzy czy posiadanego dyplomu. W zawodzie tym osobowość i doświadczenie stanowią niezwykle cenny atut.

      Wraz z dynamicznie postępującym rozwojem muzykoterapii, z roku na rok przybywają w naszym kraju osób nieuczciwych, nadużywających pojęcia „muzykoterapia” czy „muzykoterapeuta”. Muzyka relaksacyjna prezentowana w poczekalni jest określana muzykoterapią, zaś fizykoterapeuta, który włącza muzykę w tle ćwiczeń rehabilitacyjnych automatycznie staje się muzykoterapeutą. O ile uczciwiej byłoby sięgnąć do definicji muzykoterapii, w której wyraźnie stwierdza się, że muzykoterapia prowadzona jest przez muzykoterapeutę, tak jak psychoterapia przez psychoterapeutę, fizjoterapia przez fizjoterapeutę etc. Natomiast osoby bez wykształcenia muzykoterapeutycznego powinny unikać określania ich muzykoterapią, a nazywać je zgodnie ze stanem faktycznym np. fizykoterapia przy muzyce itp. Z pewnością nie umniejsza to ich godności i nie czyni prowadzonych przez nich zajęć mniej wartościowymi.

      W przypadku braku właściwego wykształcenia, określanie się mianem muzykoterapeuty i nazywanie prowadzonych przez siebie zajęć „muzykoterapią” jest po prostu nieuczciwe, co gorsza, może negatywnie wpływać na postrzeganie tej dyscypliny naukowej. Najbardziej bulwersujący jest jednak fakt, że takich oszustw dopuszczają się także pracownicy naukowi wyższych uczelni! Dla dowartościowania własnego ego łamie się podstawowe standardy, podważa się znaczenie środowiska naukowego. Bo jaką wartość mają słowa oburzenia wypowiadane przez psychologa na temat prowadzenia „psychoterapii” przez osoby bez odpowiednich uprawnień, podczas, gdy ten sam psycholog prowadzi muzykoterapię i nie widzi w tym niczego niewłaściwego. Co zaś o muzykoterapii pomyśli uczestnik kursu prowadzonego przez pedagoga, który z tą dziedziną spotkał się przy okazji uczestniczenia w innym, kilkugodzinnym kursie? Naganny jest nie tylko fakt, że zajęcia takie prowadzone są przez osoby, które trudno byłoby nazwać profesjonalistami, ale co gorsza absolwent takiego kursu wyrabia sobie jednoznaczną, często bardzo mylną opinię na temat muzykoterapii. Tym samym zapewne nie zechce w przyszłości uczestniczyć w szkoleniu prowadzonym przez autentycznego specjalistę, gdyż uzna, że kurs taki już ukończył i wie, że „na całą tę muzykoterapię” po prostu szkoda czasu. Z przykrością należy stwierdzić, że z podobnymi wypowiedziami osób, które ukończyły tego rodzaju kursy można zetknąć się wielokrotnie, a skala tego zjawiska powoli zaczyna zatrważać. Wyprowadzenie tych osób z błędu, zachęcenie ich do uczestniczenia w szkoleniu prowadzonym przez profesjonalistę, z powodu zrażenia się ich do tej dziedziny, staje się wtedy wielokroć trudniejszym zadaniem. Następuje rzecz w takiej sytuacji oczywista - nie posiadając odpowiedniej wiedzy, nie wierząc w sensowność muzykoterapii, nie są zainteresowani wprowadzeniem jej elementów do swojej praktyki zawodowej.

      Prowadzenie „muzykoterapii” przez osoby bez odpowiednich kwalifikacji odbiera także pracę prawdziwym muzykoterapeutom. Należy jedynie wierzyć w rozsądek kierowników placówek terapeutycznych czy edukacyjnych i żywić nadzieję, że w wyborze kadry będą kierować się kompetencjami kandydatów, a dzięki temu coraz więcej wykształconych muzykoterapeutów będzie znajdowało zatrudnienie w placówkach terapeutycznych, wychowawczych i edukacyjnych. Natomiast na dzień dzisiejszy nie możemy w żaden sposób pracodawców do tego zobligować.
      Aż trudno sobie wyobrazić, co by było, gdyby takie swobodne zasady nazewnictwa wprowadzać w każdej dziedzinie życia społecznego, gdzie każdy, kto obejrzał serial pt. „Ostry dyżur” będzie nazywał siebie lekarzem, każdy, kto przeczyta podręcznik do psychologii określi się psychologiem, a fakt ukończenia szkoły podstawowej będzie dawał podstawę do nazwania się pedagogiem (bo przecież kilka lat uczęszczania do szkoły to wystarczający czas, aby zorientować się na czym polega praca pedagoga). Również muzykoterapeuta, który stosuje w swojej pracy ćwiczenia ruchowe mógłby określać siebie również mianem fizjoterapeuty.

      Abstrahując od ironii, niezwykle cieszy fakt poszerzania o elementy muzykoterapii warsztatu pracy psychologów, pedagogów, lekarzy etc. Nie ma jednak powodu, aby wszystkim zgoła przypadkowym osobom dawać przyzwolenie do określania siebie muzykoterapeutami, a swoich działań - muzykoterapią. Takie szafowanie pojęciami z pewnością musi w konsekwencji doprowadzić do zdewaluowania się terminu „muzykoterapia” i „muzykoterapeuta”. Dopóki muzykoterapię będzie mógł prowadzić każdy i w dowolny sposób, dopóty dziedzina ta nie zdobędzie sobie należnego uznania, i w rzeczywistości będzie miała znacznie ograniczone możliwości rozwoju. Jej nowatorstwo, coś, co może stanowić jej atut, poprzez nieuczciwe działania osób podszywających się pod muzykoterapeutów, może prowadzić w prostej linii do jej niszczenia.
      Poruszony problem jest niezwykle ważny, a do jego rozwiązania z pewnością nie wystarczą działania pojedynczych osób. Absolutnie niezbędne jest tutaj zaangażowanie Stowarzyszenia Muzykoterapeutów Polskich, jako ciała najbardziej odpowiedniego do zabrania głosu w tej sprawie. Jednym z głównych zadań SMP jest ochrona muzykoterapeutów i dbanie o rozwój i standardy muzykoterapii w Polsce.

      Kwestie te kilkukrotnie poruszałem w moich dyskusjach z władzami Amerykańskiego Stowarzyszenia Muzykoterapeutów (AMTA). Okazuje się, że kilka dekad temu władze wielu stowarzyszeń na całym świecie miały podobne problemy. Jednak dzięki staraniom odpowiednich organów (z reguły rolę nadzorującą pełnią narodowe stowarzyszenia muzykoterapeutów) udało się z nimi uporać. Obecnie oczekuje się tego samego od Stowarzyszenia zrzeszającego muzykoterapeutów w naszym kraju. Wielokrotnie słyszałem opinię, że dopóki w Polsce nie będą zagwarantowane odpowiednie standardy kształcenia i docelowo zapewniona ochrona profesji, dopóty nasi muzykoterapeuci nie będą mogli liczyć na honorowanie ich kwalifikacji poza ojczyzną. To w naszym interesie jest zadbanie, aby dyplom muzykoterapeuty uzyskany na uczelni w Polsce był tak samo wartościowy, jak ten z Anglii, Niemczech czy USA. Rozwiązanie tego problemu ma też wymiar lokalny - dbając o przestrzeganie standardów mamy szansę stać się bardziej wiarygodnymi partnerami dla NFZ, co w przyszłości może zaowocować otrzymaniem możliwości kontraktowania usług muzykoterapeutycznych.

      Powyższe rozważania mają sprowokować do debaty, której wynikiem winno być wypracowanie określonych rozwiązań przeciwdziałających obserwowanym obecnie nadużyciom. Cieszą starania zarządu SMP zmierzające w kierunku uruchomienia strony internetowej, na której możliwe będzie uzyskanie informacji na temat członków Stowarzyszenia.

      Należy się spodziewać, że nawiązanie współpracy z wyższymi uczelniami oferującymi w programie studiów zajęcia z muzykoterapii, powołanie komisji naukowej, która weryfikowałaby realizowane tam programy nauczania oraz osoby je prowadzące, mogłoby znacząco wpłynąć na poprawę sytuacji. Zasadne również wydaje się przygotowanie listu otwartego, który SMP wystosowałby do placówek, w których prowadzona jest muzykoterapia.
      Jak najszybsza reakcja na to co się obecnie dzieje jest nieodzowna. Pozostawienie spraw własnemu biegowi wcześniej czy później obróci się przeciwko środowisku polskich muzykoterapeutów. Jeśli sami nie potrafimy uszanować wartości muzykoterapii, to z pewnością nie możemy oczekiwać tego od innych.

      Dr Krzysztof Stachyra /Zakład Muzykoterapii i Edukacji Muzycznej UMCS w Lublinie/

      ---------------------------------------------------------------------------------------
      3 kwietnia 2007
      Marcin

      niestety
      Jeśli chodzi o arteterapie, to jest jeszcze gorzej. Jestem mgr sztuki artystą plastykiem absolwentem arteterapii, oligofrenopedagogiki, pedagogiki leczniczej, oraz licznych kursów dokształcających. Ciągle jestem świadomy potrzeby doskonalenia swojego warsztatu pracy. Na jednym kursie, spotkałem się z zajęciami z arteterapii prowadzonymi przez psychologa, który na co dzień wykłada psychologie zarządzania w szkole biznesu. Spytałem go o kwalifikacje i doświadczenie w dziedzinie artetarapii odpowiedział, że "jest psychologiem".
      Przez pewien czas pracowałem na zastępstwie w studium medycznym, gdzie uczyłem biblioterapii słuchaczy w zawodzie terapeuta zajęciowy i opiekun w domu pomocy społecznej. Doznałem szoku, z którego długo nie mogłem wyjść, jak zapoznałem się z wykładaną tam arteterapią. Z ciekawości zacząłem szukać publikacji nauczycieli policealnych szkół medycznych na temat arteterapii. Po prostu trwoga.
      pozdrawiam

      -----------------------------------------------------------------------------------------------------
      5 kwietnia 2007
      Prof. Wita Szulc Przewodnicząca Stowarzyszenia Arteterapeutów Polskich „Kajros”

      Kto jest, a kto być nie może muzykoterapeutą?

      Refleksje po 35. Forum Muzykoterapeutów Polskich we Wrocławiu w dniach 22.03. – 24.03. 2007 r.

      Żadna z dotychczasowych konferencji organizowanych przez Zakład Muzykoterapii Akademii Muzycznej im. K. Lipińskiego we Wrocławiu wraz ze Stowarzyszeniem Muzykoterapeutów Polskich nie zgromadziła tylu uczestników - obecnych tłumnie na wszystkich sesjach! - tylu ciekawych, oryginalnych referatów , tylu pięknych, pełnych treści plakatów, jak ten np. o Mozarcie pań Ewy i Olgi Schmidt i innych prezentacji (teatr, koncert) a zarazem nie wywołała tak burzliwej dyskusji.

      Nie podejmując się opisania wszystkiego, o czym była tam mowa, wdzięczna Organizatorom za zaproszenie do Komitetu Naukowego 35. Forum , umieszczenie mego referatu pt. „Muzykoterapia skoncentrowana na kulturze i inne wiodące nurty muzykoterapii ” w pierwszym punkcie programu Konferencji przyjęłam jako wyraz uznania dla potrzeby poszerzenia świadomości polskich muzykoterapeutów o znajomość współczesnych teorii, modeli i kierunków muzykoterapii na świecie. Znajomość tę posiadam dzięki uczestniczeniu w dorocznych konferencjach organizowanych przez ECArTE (Europoean Consortium for Arts Therapies Education), w której to organizacji, obejmującej aktualnie ponad 30 uniwersytetów, kształcących w zakresie terapii przez sztukę – muzykę, sztuki plastyczne, dramę, taniec, a nawet sztukę ogrodową (Hortikuloterapia!) , po wyborze przez Zgromadzenie Ogólne (General Assamblay ECArTE) w dniu 1. maja 2004 r. jestem jej oficjalnym przedstawicielem na kraje Europy Środkowej i Wschodniej. Uczestniczę również w zebraniach i pracach EMTC (European Confederation of Music Therapy), organizacji zrzeszającej przedstawicieli krajowych stowarzyszeń muzykoterapeutów.

      Od razu pragnę zaznaczyć, że nie ma kraju, który posiadałby tylko jedno stowarzyszenie , do którego należą wszystkie osoby związane z muzykoterapią, i nie stanowi to problemu, dopóki stowarzyszenia ze sobą współpracują, bo każdy kraj może mieć tylko jednego przedstawiciela w EMTC, a tak się składa, że w Europie na ogół współpracują, (np. w Hiszpanii jest ponad 20 takich stowarzyszeń, a przedstawicielka Węgier reprezentuje tylko Uniwersytet w Budapeszcie choć aktywną działalność w zakresie muzykoterapii prowadzi też Uniwersytet w Pesć’u !). Informacje o składzie osobowym, instytucjach i pracach obu tych organizacji znaleźć można na stronach internetowych EMTC i ECArTE, bo zasada transparentności (czyli przejrzystości, jawności) przestrzegana jest we wszystkich działaniach Unii Europejskiej.

      Celowo rozpoczynam od informacji o stowarzyszeniach, ponieważ istnienie krajowego stowarzyszenia (stowarzyszeń), którego (których) działalność statutowa musi być zgodna ze statutem uchwalonym przez EMTC , zrzeszającego (zrzeszających) muzykoterapeutów pracujących w danym kraju jest warunkiem sine qua non istnienia i uprawiania zawodu muzykoterapeuty. To krajowe Stowarzyszenia, a nie organizatorzy różnych studiów i kursów określają warunki, jakie winna spełnić osoba ubiegająca się o certyfikat muzykoterapeuty, upoważniający do pracy w tym zawodzie. Uczelnie kształcą wg programów, jakie same układają ,bo mają autonomię, ale nie dają automatycznie prawa wykonywania zawodu, a do tego, czego się uczy , a raczej nie uczy pod szyldem muzykoterapii, jeszcze wrócę.

      Kol. Dr Krzysztof Stachyra z UMCS, w swoim drugim referacie, wygłoszonym prawie na zakończenie Konferencji sformułował twierdzenie, które wywołało prawdziwą burzę w środowisku, a mianowicie, że” muzykoterapeutą może się nazywać i prowadzić działalność zwaną „muzykoterapią” tylko osoba, która ukończyła studia w zakresie muzykoterapii”. Takie stanowisko, w odniesieniu do Polski, nie może jednak mieć zastosowania, a to z kilku powodów. Po pierwsze:
      -żadna polska wyższa uczelnia prowadząca studia z muzykoterapii nie spełnia, jak na razie, warunków stawianych przez PAKĘ (Państwową Komisję Akredytacyjną) dotyczących liczby zatrudnionych samodzielnych pracowników naukowych posiadających taką specjalizację – Akademia Wrocławska, dzięki profesorowi Natansonowi ma „markę” , więc najwyraźniej zrobiono dla niej wyjątek, ale trzeba o tym pamiętać, bo w przypadku wszystkich innych specjalności nie spełnianie tego warunku uniemożliwia uruchamianie specjalizacji, a sytuacja wyjątkowa nie może trwać wiecznie
      -Ukończenie studiów podyplomowych prowadzonych przez jakąś uczelnię nie jest równoznaczne z ukończeniem tej uczelni, np. Akademii Muzycznej (na studiach podyplomowych uczą zazwyczaj wykładowcy z różnych uczelni)
      -w Polsce było i jest coraz więcej osób, które dzięki własnej pracy i kontaktom zagranicznym, na bazie akademickiego , podkreślam – akademickiego wykształcenia muzycznego oraz innego – medycznego, psychologicznego, pedagogicznego it.p. opanowały różne metody i techniki muzykoterapeutyczne i z powodzeniem stosują je w praktyce klinicznej. Doskonałym przykładem jest p. prof. Andrea Jaworska, kierownik Zakładu Muzykoterapii i Wychowania Muzycznego na UMCS, która z widocznym pozytywnym efektem stosuje od lat metodę Tomatisa w pracy z dziećmi autystycznymi i opóźnionymi w rozwoju. Jest to możliwe, ponieważ dyplomowany muzyk – instrumentalista, chóralista, wokalista, nawet jeśli nie ukończył formalnych studiów z muzykoterapii, potrafi porozumiewać się z pacjentem za pomocą muzyki, a nie mówienia o muzyce , do czego ma skłonność , jak zauważyłam, wielu polskich muzykoterapeutów
      -„wizytówką” profesjonalizmu muzykoterapeuty jest umiejętność improwizowania z pacjentem, a ilu posiadaczy dyplomów ukończenia studiów podyplomowych z muzykoterapii opanowało tę umiejętność na takim poziomie, jaki zademonstrował nam, nie po raz pierwszy zresztą, p. Simon Procter?
      -Na jakich dyplomach studiów podyplomowych widnieje „Superwizja” i to w liczbie minimum 200 godzin (bo taki jest wymóg EMTC)?
      -Jak przedstawia się sprawa znajomości teorii (l.mnoga!) muzykoterapii i metodologii badań naukowych, którą ocenić można także na podstawie wygłaszanych referatów? Taką doskonałą znajomością wykazały się na 35. Forum p. dr Kinga Lewandowska (co nikogo nie dziwi) referująca zastosowania muzykoterapii wobec dzieci chorych na bronchit, ale i mgr Elżbieta Misiak z KUL-u („Community Music Therapy” – teoria Garego Ansdela), a przecież obie są z wykształcenia „tylko” psychologami!
      -Gdyby muzykoterapeutą można było zostać dopiero po dyplomie ukończenia studiów z muzykoterapii, muzykoterapeutami nie byliby ani prof. Tadeusz Natanson, ani twórcy metody znanej na całym świecie pod ich imieniem: Paul Nordoff i Clive Robbins (szkoda, że dr Krzysztof Stachyra w swoim wcześniejszym referacie o ich metodzie nie odwołał się do artykułu w „Nordic Journal of Music Therapy”, omawiającego szczegółowo życiorysy i działalność tych wybitnych, choć nie dyplomowanych muzykoterapeutów).

      Wbrew pozorom zgadzam się jednak z tezą postawioną przez p. dr Stachyrę, że o „byciu” muzykoterapeutą winno decydować wykształcenie. Nie tylko zgadzam się, ale dawałam temu wielokrotnie wyraz w licznych wystąpieniach konferencyjnych na temat standardów kształcenia arteterapeutów i muzykoterapeutów, które dość dokładnie przedstawiłam w książce pt. „Muzykoterapia jako przedmiot badań i edukacji” z roku 2005, na stronach 96 – 104 podrozdziałach zatytułowanych: „Europejskie standardy kształcenia muzykoterapeutów”, „Uregulowania dotyczące zawodu muzykoterapeuty obowiązujące w Unii Europejskiej”, „Europejski Rejestr Muzykoterapeutów”, „Jakość kształcenia muzykoterapeutów”, „Studia doktoranckie w muzykoterapii”. A propos takich studiów: szkoda, że p. dr Krzysztof Stachyra, postulujący „czystość” wykształcenia muzykoterapeuty sam nie zaryzykował napisania pracy doktorskiej z tej dziedziny - bo ryzyko takie podjęły na Uniwersytecie Wrocławskim, i wyszły z niego obronną ręką (ich prace zostały odnotowane w europejskim rejestrze prac promocyjnych z dziedziny terapii przez sztukę) Panie dr Joanna Gładyszewska – Cylulko i dr Diana Gulińska- Grzeluszka, też występujące na 35. Forum Muzykoterapeutów.

      Popieram również stanowisko p. dr Stachyry, że każdy powinien robić to, czego się nauczył, ale dotyczy to wszystkiego, nie tylko muzykoterapii , bibliografii również. Opracowywania bibliografii uczą się na studiach bibliotekarze, nie muzykoterapeuci, a promowana na Forum pozycja książkowa pt. „Muzykoterapia i terapia przez sztuki plastyczne w piśmiennictwie polskim”, której p. dr Stachyra jest współautorem, jest właśnie bibliografią, niestety, nie wolną od poważnych błędów. Takim błędem jest nieokreślenie jej zakresu, zasięgu, podstawy źródłowej oraz kompletności, w związku z czym czytelnik ma podstawy sądzić, ze ma do czynienia z pełnym zestawem piśmiennictwa polskiego na podany w tytule temat, ale tak w rzeczywistości nie jest., i nie wiadomo, co, prócz dostępności zadecydowało o tym, ze dany artykuł, książka czy recenzja znalazł(a) się w opracowaniu a inny (inna) nie. Ponadto w części wstępnej autorzy postępują zgodnie z powszechnym już złym obyczajem niepodawania polskiego adresu bibliograficznego informacji zagranicznej ( czyli np. autora i tytułu polskiej książki , z której przepisali tłumaczenie amerykańskich definicji terapii i muzykoterapii). Współautorka bibliografii podaje na okładce, ze ukończyła Podyplomowe Studia „Arteterapia” na UMCS. – w programie tych studiów kładzie się nacisk m.in. na rzetelność bibliograficzną, poszanowanie autorstwa (wyraża się to w podawaniu nazwisk twórców różnych teorii, od dawna znanych w Polsce, ale jakby anonimowych lub przypisywanych osobom, które je w Polsce prezentują) i demaskowanie plagiaryzmu, tymczasem w omawianej bibliografii znalazła się, bez żadnego komentarza i odnotowania krytycznych, wydanych drukiem recenzji,. bardzo już popularna książka pt. „Arteterapia w teorii i praktyce”, mająca dwa wydania w Oficynie „Impuls”, stanowiąca zaprzeczenie tych cech.

      Postawmy więc pytanie: Czy muzykoterapeuta wykształcony na złym albo przestarzałym podręczniku (np. Christofera Schwabe z 1978 roku, gdyż nowsze, z lat 90. teksty tego autora, są w Polsce zupełnie nieznane), ale na studiach, po których otrzyma dyplom, będzie lepszym muzykoterapeutą od osoby, która mając inne wyższe wykształcenie, oprócz muzycznego, samodzielnie przestudiuje prace takich autorów, jak David Aldridge , Tony Wigram, Clive Robbins – zależy, jakiemu rodzajowi muzykoterapii zamierza się poświęcić – i ukończy tylko kurs oraz odbędzie praktykę pod okiem wybitnego specjalisty?

      Kompetencje osób pragnących pracować w zawodzie muzykoterapeuty sprawdzać powinna komisja certyfikacyjna, ale te kompetencje należy wcześniej określić. Określić również trzeba treści programowe odpowiadające aktualnemu, a nie temu z czasów prof. Natansona, stanowi nauki o muzykoterapii. Wszystko to wymaga ogromu pracy, którą wszakże można i trzeba wykonać przy pomocy wszystkich zainteresowanych muzykoterapią, niezrzeszonych ale przede wszystkim zrzeszonych w Stowarzyszeniu Muzykoterapeutów Polskich i Stowarzyszeniu Arteterapoeutów Polskich „Kajros”, i w Stowarzyszeniu Biblioterapeutów Polskich, bez „zatrzaskiwania drzwi” przed niewykształconymi muzykoterapeutycznie „obcymi”.

      ------------------------------------------------------------------------------------------
      5 kwietnia 2007
      Dr Krzysztof Stachyra /Zakład Muzykoterapii i Edukacji Muzycznej UMCS/

      Cieszę się, że moje wystąpienie na IV Forum wywołało tak duży oddźwięk. Przykre natomiast jest, że jego krytyka wydaje się być często podyktowana emocjami, a tym samym zupełnie rozbiega się z intencjami autora. Ku mojemu zaskoczeniu najbardziej atakowany jestem (bo tak to chyba należy nazwać) nie przez ludzi, do których zostało skierowane moje wystąpienie, lecz przez osoby, których wkład w rozwój polskiej muzykoterapii jest bezsporny. Zamiast zewrzeć siły i zastanowić się, w jaki sposób możemy stawić czoła nadużyciom, mam wrażenie, że zaczyna się rozpętywać wewnętrzną walkę, która z pewnością nie przysłuży się polskiej muzykoterapii.

      Z pewnością nikt, kto szanuje drugiego człowieka i respektuje wartość muzykoterapii, nie może dać zgody, aby terapią zajmowały się osoby zgoła przypadkowe. W czasie dyskusji na IV Forum Muzykoterapeutów, jak również w późniejszych rozmowach kuluarowych przytaczane były przykłady, które – gdyby nie fakt, że dotyczą człowieka potrzebującego wsparcia i pomocy – można by nazwać wręcz groteskowymi. Bo jak inaczej określić zdarzenie, kiedy mechanik samochodowy podając się za muzykoterapeutę próbuje leczyć niepełnosprawne dzieci!?

      Czytając refleksje prof. Wity Szulc na temat mojego wystąpienia zastanawiam się, czy naprawdę nie dostrzegamy problemu? Czy jako muzykoterapeuci mamy się zgadzać na to, co się obecnie dzieje w Polsce? Jeśli tak, to czym różnimy się od wszelkiej maści szarlatanów i uzdrowicieli wykorzystujących trudną sytuację, w jakiej znalazły się osoby poszukujące pomocy? Taka postawa ukazuje nie tylko brak poszanowania w stosunku do pacjentów, ale także ignorancję do całej dziedziny, jaką jest muzykoterapia.

      Oczywiście nie mam prawa zabronić komukolwiek prowadzenia terapii. Wydaje mi się jednak, że jednoznacznie sprecyzowałem cel mojego wystąpienia, którym było zainicjowanie działań zmierzających do uporządkowania sytuacji muzykoterapii w Polsce – inaczej mówiąc jasne określenie, kto może posługiwać się mianem „muzykoterapeuty”, a swoją działalność nazywać „muzykoterapią”. Moim zdaniem polska muzykoterapia dojrzała do etapu, w którym należy zaproponować określone normy postępowania, jak również wprowadzić pewne, powszechne w cywilizowanym świecie, standardy. W tych propozycjach pozwoliłem sobie sięgnąć do doświadczeń stowarzyszeń w krajach, które uporały się z tym problemem.
      Dyskutując z argumentami wysuniętymi przez prof. Witę Szulc pozwolę sobie zauważyć, że w każdym kraju, w którym muzykoterapia jest na wysokim poziomie możliwość określania siebie muzykoterapeutą, a swoich zajęć muzykoterapią, mają JEDYNIE osoby, które ukończyły studia w tym kierunku. Myślę, że niestosowane jest przytaczanie przykładu prof. Tadeusza Natansona, współzałożyciela pierwszych w Polsce studiów z zakresu muzykoterapii. Praktyką stosowaną na całym świecie jest przecież uznanie osiągnięć osób, które podjęły działalność zanim powstała możliwość akademickiego kształcenia się w danym kraju. Podczas dyskusji mówił o tym Simon Procter. Natomiast zupełnie inaczej jest w sytuacji, kiedy od dawna istnieje możliwość kształcenia się w tej dziedzinie. Rozumiem i zgadzam się ze stwierdzeniem, że polski system kształcenia muzykoterapeutów wciąż odbiega od światowych standardów, choćby z powodu braku wspomnianej superwizji. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że to właśnie przede wszystkim do osób reprezentujących polskich muzykoterapeutów należy, moim zdaniem, zadbanie o podnoszenie standardów, a nie ich obniżanie – co czyni się poprzez dawanie przyzwolenia na tytułowanie się muzykoterapeutą wszystkim, bez względu na to, czy mają odpowiednie wykształcenie czy też nie. Postępując w taki sposób z pewnością nie podniesiemy w naszym kraju rangi muzykoterapii.

      Przyznam, że trudno jest mi uwierzyć, aby prof. Wita Szulc nie dostrzegała problemu, który szczególnie w ostatnich latach zdaje się dramatycznie narastać. Skupienie się na obronie swobody stosowania nazwy „muzykoterapia” i „muzykoterapeuta” czyni dużą krzywdę osobom, które poświęciły kilka lat na studiowanie tej dziedziny terapii. Wielką krzywdę czyni się również pacjentom, którzy zwracając się o pomoc do terapeuty wyrażają tym samym zaufanie również do jego kwalifikacji. Udając się do kardiologa pacjent ma prawo oczekiwać, że dana osoba ma ukończone odpowiednie studia i wie, jak postępować, aby ratować zdrowie i życie pacjentów. Chciałbym, aby z muzykoterapią sytuacja wyglądała tak samo. Idąc do gabinetu muzykoterapeuty, pacjent ma prawo oczekiwać, że osoba określająca się tym mianem ma rzeczywiście odpowiednie przygotowanie i kwalifikacje. Podobny przywilej powinien mieć student, który ucząc się muzykoterapii ma prawo oczekiwać, że zajęcia z tej dziedziny prowadzone są przez rzeczywistego fachowca, a nie osobę samoistnie tytułującą się muzykoterapeutą.

      Pewna część refleksji p. prof. Wity Szulc odnosi się bezpośrednio do książki pt. „Muzykoterapia i terapia przez sztuki plastyczne w piśmiennictwie polskojęzycznym”, której jestem współautorem. Zdaje sobie sprawę, że publikacja ta może być różnie oceniana, jednak nie rozumiem tonu, w jakim Pani Profesor wyraża się na temat kompetencji autorów do jej napisania. Oczekiwanie, że przewodnik po publikacjach z zakresu muzykoterapii opracują za nas bibliotekarze, jako osoby kompetentne do jego tworzenia, mogłoby okazać się złudne. Idąc tym tropem rozumiem, że taki sam zarzut prof. Wita Szulc stawia innym osobom, które popełniły podobne opracowania, a wśród nich prof. Marcie Bogdanowicz, która także nie posiadając wykształcenia z zakresu bibliotekarstwa pozwoliła sobie na opublikowanie przewodnika bibliograficznego z zakresu terapii pedagogicznej.
      Dosyć niezwykłe wydaje mi się oskarżenie dotyczące zamieszczania adresów bibliograficznych anglojęzycznych publikacji, z których zaczerpnięto przytaczane w książce definicje. Prof. Wita Szulc z góry zakłada, że autorzy nie mogli sięgać do pism źródłowych, zaś definicje przepisali z publikacji polskich. Chciałbym rozwiać tutaj te wątpliwości i zapewnić, że posiadam w swoich zbiorach odpowiednią liczbę publikacji anglojęzycznych, jak również mam dostęp do bibliotek uniwersyteckich w USA.
      Autorzy publikacji nie mieli także zamiaru doprowadzać czytelnika do błędnego przekonania, że ma on do czynienia z pełnym zestawem piśmiennictwa polskiego na podany w tytule temat. Odpowiedzią na ten zarzut niech będzie fragment wprowadzenia do omawianej publikacji (s.17): „Autorzy mają świadomość, że pomimo wielu starań nie udało im się dotrzeć do wszystkich wydawnictw. Żywią jednak głęboką nadzieję, że zebrany i zamieszczony w niniejszej pracy materiał, okaże się pomocny i przydatny wszystkim osobom pracującym z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi”.
      Celem przytaczanej publikacji było ukazanie bardzo szerokiego zakresu publikacji, które odnoszą się do, lub jedynie tytułują, terapią przez sztukę.

      Na koniec odniosę się do zarzutu o brak odwagi do napisania pracy doktorskiej z zakresu muzykoterapii – cyt. „(…) szkoda, że pan dr Krzysztof Stachyra, postulujący „czystość” wykształcenia muzykoterapeuty sam nie zaryzykował napisania pracy doktorskiej z tej dziedziny (…)”. Uważam, że wysuwanie takich oskarżeń pod moim adresem jest co najmniej nietaktem. Rozprawa doktorska, którą obroniłem w 2005 roku na UMCS w Lublinie nosi tytuł: „Efektywność muzykoterapii i kierowanej wizualizacji w rozwijaniu kompetencji emocjonalnych studentów pedagogiki”. Jest to typowa praca badawcza, opisująca rezultaty prowadzonej przeze mnie muzykoterapii. Jej skrót przedstawiony został muzykoterapeutom z całego świata w moim półtoragodzinnym wystąpieniu w ramach narodowej konferencji muzykoterapeutów amerykańskich, która odbyła się w listopadzie 2005 roku w Orlando, USA. Dodam, że po mojej prezentacji, pani Nicole Allgood, ówczesna prezes Stowarzyszenia Muzykoterapeutów Amerykańskich w regionie Wielkich Jezior (okręgu sześciu stanów Ameryki Północnej), zwróciła się do mnie z prośbą o możliwość wprowadzenia prezentowanego przeze mnie programu muzykoterapii do kształcenia studentów w jednej z amerykańskich uczelni. Myślę, że jest to wystarczająca odpowiedź na zarzut, z jakim się spotkałem.

      Przyznam, że bardzo bym nie chciał, aby dyskusja ta zeszła do poziomu niestosowanego dla pracowników naukowych – poziomu wzajemnych oskarżeń, żalów i wymówek. Moim celem jest wypracowanie strategii rozwoju muzykoterapii w Polsce, zadbanie o jakość kształcenia polskich muzykoterapeutów i o jasne określenie, kto może tytułować siebie muzykoterapeutą. Bez rozstrzygnięcia tak podstawowych kwestii nie możemy liczyć na usankcjonowanie tej dziedziny terapii w Polsce. Nie możemy także domagać się uznania i ochrony zawodu muzykoterapeuty, akceptacji naszych kwalifikacji zagranicą, czy choćby możliwości negocjowania kontraktów z NFZ. Dlatego tak bardzo liczę na współpracę całego środowiska. Współpracę, dzięki której będziemy mogli uczynić tak potrzebny krok do przodu.
      Na koniec pozwolę sobie raz jeszcze powtórzyć ostatnie zdanie z mojego wystąpienia na IV Forum Muzykoterapeutów. Jeśli sami nie potrafimy uszanować wartości muzykoterapii, to z pewnością nie możemy oczekiwać tego od innych.

      ---------------------------------------------------------------------------------------
      27 lipca 2007
      Krzysztof Samela

      Witam Wszystkich „Kajrosjanów” i sympatyków arte i muzykoterapii.
      Chciałbym zabrać głos w dyskusji rozpoczętej przez dra Krzysztofa Stachyrę na temat: kto może, a kto nie może tytułować się MUZYKOTERAPEUTĄ? Jednak zanim przejdę do meritum chciałbym bardzo serdecznie podziękować prof. Andrei Jaworskiej za okazane mi wsparcie w trakcie leczenia. Dziękuję za wrażliwość i pamięć, a także za wzmiankę jaka ukazała się na stronie lubelskiego oddziału „Kajrosa” o mojej osobie, moim problemie i mojej (na dziś dzień) wygranej walce z chorobą onkologiczną. Zachowuję to w sercu. Cieszę się z powstania oddziału lubelskiego. Od razu widać, że lublinianom po prostu chce się działać, w przeciwieństwie do Zarządu Głównego Stowarzyszenia i jej oficjalnej strony (www.kajros.pl), na której nic się od lat nie zmienia, no może po za tym, że informacji jest mniej niż na początku istnienia strony internetowej. Znikły wiadomości o celach Stowarzyszenia, przeprowadzonych warsztatach i szkoleniach, brak nowych propozycji podnoszących kwalifikacje zawodowe. Można odnieść wrażenie, że nikomu w Zarządzie Głównym Naszego Stowarzyszenia nie zależy na propagowaniu, promowaniu idei zawartych w Statucie „Kajrosa”. Szkoda.
      Chwała zatem lublinianom i szefowej oddziału – prof. Jaworskiej za stronę i możliwość swobodnego wypowiadania się na Forum.
      Jeszcze jedne podziękowania. Tym razem dla Zarządu Głównego oraz szefa Stowarzyszenia Muzykoterapeutów Polskich – dra Pawła Cylulko za okazane wsparcie nie tylko zresztą werbalne, ale finansowe. Mam nadzieję podziękować osobiście na marcowej konferencji we Wrocławiu, jeśli oczywiście pozwoli mi na to stan zdrowia. Przy okazji rodzi się pytanie: kiedy to „Kajros” zorganizuje swoją pierwszą konferencję? Od powstania Stowarzyszenia minęło już parę lat i nic... Szkoda.
      Kolejna sprawa dotyczy języka jakim posługują się autorzy zamieszczanych opinii na temat wspomnianego problemu podniesionego przez dra Stachyrę i prof. Jaworską. O ile mi wiadomo krytyka nie polega na odrzucaniu, negowaniu, czy też degradowaniu wypowiedzi i wypowiadających się, lecz na ocenianiu na podstawie expressis verbis wyraźnych kryteriów. Wydaje się, że krytycy wspomnianych opinii i osób przekroczyli pewien poziom gry językowej, a kryteria ustąpiły miejsca emocjom i to emocjom negatywnym. Nie przystoi to moim zdaniem ani przedstawicielom tzw. polskiego środowiska naukowego, ani tym bardziej ludziom, którzy w założeniu zawodowo zajmują się pomaganiem. Przypomina to raczej retorykę sarmacką, typową dla roszczeniowo nastawionych na ludzi i świat Polaków. Zdaje się, że to taka nasza narodowa cecha. I tu kolejne pytanie: czy na pewno gramy w jednej drużynie i strzelamy do jednej bramki? A na sprzeczkach w Naszym gronie korzystają de facto wszyscy ci, którzy w sposób kompletnie nieuprawniony nazywają siebie arte lub muzykoterapeutami, niezależnie czy są z zawodu lub wykształcenia mechanikami samochodowymi, kulturoznawcami, artystami, medykami, czy „tylko” psychologami. Szkoda.
      Przyznaję, że postulat dra Stachyry w pierwszym momencie wydał mi się zbyt radykalny. Jeśli dobrze zrozumiałem sens wypowiedzi dra Stachyry, to można określić ją w następujący sposób: Muzykoterapeutą może zostać tylko osoba, która ukończyła studia magisterskie, bądź też podyplomowe z muzykoterapii. Faktycznie jednak nie może być inaczej. Przecież psychologiem staje się osoba, która ukończyła studia psychologiczne, pedagogiem stajemy się – po ukończeniu studiów pedagogicznych, filozofem – po filozofii, fizykiem – po fizyce, itd. Czy jednak fizyk nie może zostać terapeutą, czy tylko filozof zdolny jest do refleksji filozoficznej, czy wreszcie pedagog, psycholog lub socjolog nie może pracować w charakterze arteterapeuty? Moim zdaniem może, jednak na ściśle określonych warunkach, o których za chwilę. Na moją pierwotną ocenę wpłynął fakt, że sam nie mam wykształcenia muzykoterapeutycznego, a myślę o sobie jako o muzykoterapeucie. Chcę być muzykoterapeutą. Z zawodu jestem muzykiem – kontrabasistą. Ukończyłem studia magisterskie z kulturoznawstwa i filozofii (obydwa kierunki na UAM) oraz uniwersyteckie studia podyplomowe z arteterapii (też na UAM). Jestem członkiem towarzystw naukowych: Stowarzyszenia Arteteraputów Polskich „Kajros”, Stowarzyszenia Muzykoterapeutów Polskich, Polskiego Towarzystwa Terapeutycznego, posiadam (od niedawna) Certyfikat Edukatora Arteterapii (SAP „Kajros) ze specjalnością – muzykoterapia, i pomimo, że „chcę”, to jednak „nie jestem” (dyplomowanym) muzykoterapeutą, bo nie ukończyłem studiów muzykoterapeutycznych. Czy zatem mam zamkniętą drogę do wykonywania tego (upragnionego) zawodu? Zaproponuję tutaj pewne alternatywne rozwiązanie (do studiów muzykoterapeutycznych), które zresztą nie odbiega od międzynarodowych standardów kształcenia muzykoterapeutów, a wręcz z nich wynika.
      Muzykoterapia – muzyka i terapia, muzykoterapeuta – muzyk i terapeuta. Muzykoterapeuta to ex definitione osoba, która po pierwsze, posiada solidne przygotowanie muzyczne (minimum 6 – letnią średnią [zawodową] szkołę muzyczną, kształcącą w dziedzinie historii i teorii (formy, harmonia, kształcenie słuchu, literatura) muzyki oraz sprawności manualnej na wybranym instrumencie i instrumencie akompaniującym. Muzykoterapeuta musi swobodnie operować technicznymi terminami muzycznymi (musi wiedzieć np. jaka jest różnica między allegro, a allegrem sonatowym). Taka szkoła uczy swobody wypowiadania się w muzyce i za pomocą muzyki, daje możliwości refleksyjnego i estetycznego formułowania wypowiedzi na tematy muzyczne, na poziomie metajęzykowym (takie rozmowy są fascynujące). Nie mogę zatem zgodzić się z opinią prof. Wity Szulc, że muzykoterapeuta nie powinien mówić o muzyce (jedynie porozumiewać się za jej pomocą z pacjentem). Refleksyjne i emocjonalne zaangażowanie w wypowiedź dotyczącą muzyki może być (i jest) jednym z elementów pracy muzykoterapeutycznej. Tych wspomnianych powyżej umiejętności muzycznych nie nabędziemy bez przygotowania muzycznego, a powtórzę – są one elementami w pracy muzykoterapeutycznej. To są narzędzia muzyczne muzykoterapeuty. Zatem zawodowy muzykoterapeuta musi posiadać przygotowanie muzyczne, lub posiadać umiejętności, o których wspomniałem powyżej („Muzykę trzeba kochać i się na niej [choć troszkę] znać”). To jest warunek konieczny.
      Drugi element słowotworu „muzykoterapia” określa kolejną sprawność i umiejętność cechującą muzykoterapeutę i kolejny conditio sine qua non. Można przyjąć, że nauki humanistyczne (zwłaszcza psychologia, potem pedagogika specjalna, socjologia, filozofia) oraz (szerzej) nauki o człowieku (nauki o zdrowiu, medycyna, rehabilitacja, fizyko i fizjoterapia) konstytuują drugą elementarną cechę muzykoterapii – terapię. Zatem wykształcony muzyk posiadający jeszcze studia uniwersyteckie lub (dla uproszczenia nazwijmy je) medyczne, może stać się muzykoterapeutą. Muzyk i pedagog w jednej osobie z racji swoich profesji może stać się muzykoterapeutą ukierunkowanym w stronę terapii pedagogicznej, muzyk i fizjoterapeuta (w jednej osobie) może stać się muzykoterapeutą ukierunkowanym w stronę rehabilitacji ruchowej itd. A co z muzykiem - fizykiem. Czy on też może stać się muzykoterapeutą? Myślę, że tak, lecz musi popracować nad „modułem terapeutyczno - medycznym” na kursach lub studiach podyplomowych. Co z powyższych słów i skrótów myślowych wynika: muzykoterapia to interdyscyplinarna przestrzeń społeczna zarezerwowana dla:
      - muzyków (lub osób posiadających kompetencje muzyczne, o których była mowa wyżej) posiadających studia (lub studium) z muzykoterapii, lub
      - muzyków (lub osób posiadających kompetencje muzyczne, o których była mowa wyżej) z wykształceniem terapeutycznym. Ten wniosek (zdroworozsądkowy) wynika (ma oparcie) w europejskich standardach kształcenia muzykoterapeutów (patrz np.: Wita Szulc: Muzyka jako przedmiot badań i edukacji, UMCS, Lublin 2005, s. 97 – 107). Jednak powinna istnieć instytucja explicite weryfikująca wiedzę i umiejętności muzykoterapeutyczne, nadająca na podstawie społecznej dyskusji „muzykoterapeutów” zrzeszonych w SMP (wspólnie wypracowanych warunków certyfikacji) - certyfikat muzykoterapeuty.
      W moim przekonaniu tylko certyfikacja może być wyrazem i wskaźnikiem kompetencji muzykoterapeutycznej/arteterapeutycznej. To właśnie Stowarzyszenie mogłoby określać na podstawie przedłożonych dokumentów, weryfikacji umiejętności terapeutycznych oraz określonej procedury (np. określonego rodzaju i ilości kursów, szkoleń i superwizji), kto jest, a kto nie jest muzykoterapeutą/arteterapeutą. Stowarzyszenie mogłoby określać standard szkoleń, a także warunki rekomendacji instytucji kształcących adeptów muzykoterapii/arteterapii. Swojego czasu przygotowałem pełen system certyfikacyjny i rekomendacyjny dla SAP „Kajros”. Nie spotkał się wówczas z zainteresowaniem. Zatem służę przygotowanymi propozycjami, jeśli tylko jakieś Stowarzyszenie będzie zainteresowane zbudowaniem wspomnianego systemu. Chętnie też udostępnię te propozycje na łamach Forum w celu publicznej dyskusji in gremio.
      Wydaje się, że system certyfikacji i rekomendacji wzmocniłby głos i podniósł rangę Stowarzyszenia. Bo przecież nie można mieć pewności, że nawet wykształcony po studiach magisterskich lub podyplomówce z muzykoterapii terapeuta staje się automatycznie (zawsze) świetnym muzykoterapeutą, za którego ręczyłoby Stowarzyszenie.
      Podsumowując:
      - jedynie Stowarzyszenie na podstawie jasno określonych kryteriów miałoby prawo określania kto jest, a kto nie spełnia wymagań certyfikacji muzykoterapeutycznej/arteterapeutycznej. Taki dokument miałby dużą moc, bo za certyfikowanego muzykoterapeutę/arteterapeutę ręczy Stowarzyszenie.
      - taki dokument ograniczyłby w znacznym stopniu możliwość podszywania się i używania określenia muzykoterapeuta/arteterapeuta przez osoby nie spełniające wymagań.
      - Stowarzyszenie mogłoby ogłaszać na swojej stronie listę osób certyfikowanych, edukacyjnych instytucji rekomendowanych przez Stowarzyszenie i osób, które w przekonaniu Stowarzyszenia, nie spełniają wymogów zawodowych (choć w tym ostatnim przypadku należałoby sprawdzić możliwości prawne stworzenia listy persona non grata polskiej muzykoterapii).

      Powtórzę na zakończenie podstawowe warunki określające każdego muzykoterapeutę, wynikające zresztą również z nazwy naszej dyscypliny. Muzykoterapeuta to muzyk i terapeuta. To są dwa warunki konieczne.
      [/i]
      _________________
      Krzysztof Samela
      mail: krzysztof.samela@gmail.com

    Odpowiedz

    Musisz się zalogować, aby móc pisać.

    © 2009-2010 Terapia przez sztukę
    • strona główna |
    • aktualności |
    • artykuły |
    • recenzje |
    • archiwum |
    • ośrodki |
    • projekty |
    • redakcja |
    • forum |
    • PSTS |
    • kontakt
    WordPress